sobota, 3 sierpnia 2013

2 komentarze
Rozdział 5. Tucson

   - Posłuchaj mnie jeszcze raz. – Upierała się mama - Uważam, że jest to bardzo głupi pomysł. Wybiła dopiero siódma, a ty chcesz jechać sama do Tucson, a na dodatek zmęczona.
Powoli zaczynała działać mi na nerwy.
- Spokojnie mamo, wyspałam się, wypiłam kawę a nawet jeśli poczułabym zmęczenie, to zatrzymam się gdzieś na uboczu i odpocznę. – Zaczynała się powoli uspokajać – Obiecałam sobie ten wyjazd już dawno, dlatego proszę, przestań histeryzować.
   Popatrzyła na mnie spode łba, po czym niespodziewanie mnie przytuliła.
- Uważaj na siebie… - Posłałam jej szeroki uśmiech – Wciąż możesz jednak zmienić decyzję. Mogę pojechać z tobą, naprawdę Effy!
Wróciłyśmy do punktu wyjścia.
- Do zobaczenia wieczorem. – Odwróciłam się na pięcie, wzięłam kluczyki z komody i wyszłam z domu.
   Było już piętnaście po siódmej. Zaczynał robić się ruch, w stronę autostrady, dlatego jak najszybciej odpaliłam samochód.
Pojazd ojca, to śliczne, czarne volvo* S60. Nie pierwszy raz siadam za kółkiem, dlatego nie czuję żadnego stresu. Prawo jazdy zrobiłam zaraz po ukończeniu szesnastego roku życia, co lepsza, byłam pierwszą dziewczyną  w moim roczniku z papierkiem.  
Minęłam znak informacyjny „koniec terenu zabudowanego” i wyjechałam na pustkowie.
   Poruszałam się autostradą z prędkością 80 kilometrów na godzinę. Co jakiś czas rozglądałam się na boki, spoglądając na piękne kaniony i pustkowia, które w porannym słońcu przybrały barwę jasnego brązu.
Pomimo tego, że starałam skupić się jak najmocniej na drodze, to co chwila mózg podsyłał mi wspomnienia z wczorajszego wieczoru. Próbowałam nie myśleć o Chordzie, gdyż poczułam się w pewnym sensie zraniona tym co powiedział i jak się zachował. Oczywiście szanuję ludzi, którzy są ze mną szczerzy ale chyba nieświadomie, zaczęłam się w nim podkochiwać. Ehh… muszę dać sobie z nim spokój.
   Ósma. Pokonałam dopiero połowę drogi, ale wbrew obawom mamy, nie czuję zmęczenia. W radiostacji odtworzyłam Born to Die Lany Del Rey. Kilka dni temu nie odsłuchałam jej do końca, gdyż zasnęłam.
Po pokonaniu niewielkiego odcinka drogi, w głośnikach rozległy się pierwsze dźwięki utworu „Summertime Sadness”. Uwielbiam ten utwór, ze względu na przepiękny, metaforyczny tekst oraz rewelacyjne brzmienie. W sumie to od tej piosenki zaczęła się moja przygoda za muzyką Lany.
   Rozmyślając na ten temat nie zorientowałam się, kiedy na horyzoncie pojawił się znak „Welcome to Tucson!”. Zwolniłam i spojrzałam na zegarek, była już ósma czterdzieści pięć. Wjechałam na główną ulicę po czym od razu stanęłam na światłach. Rozejrzałam się dookoła, jednak nic się nie zmieniło.
   Tucson to duże miasto liczące ok. sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców. Rzadko przyjeżdżam tutaj, ale gdy już muszę, to tylko i wyłącznie w celu zrobienia zakupów. Są tutaj moje ulubione markowe sklepy, jest dużo kawiarenek, pubów, barów i restauracji, hotele, wieżowce a przede wszystkim kino. Czasami z Quinn, Samem i Chordem przyjeżdżamy tutaj aby obejrzeć jakiś film, po czym odwiedzamy kręgielnie. 
   Wjechałam na parking niedaleko wypożyczali płyt video, zamknęłam drzwiczki i udałam się w stronę sklepu spożywczego. Byłam spragniona. Kupiłam pół litrową butelkę Coli oraz snickersa. Po wyjściu ze sklepu udałam się w stronę małych butików niedaleko głównej ulicy.
Spacerkiem pokonałam niewielki odcinek drogi, po czym weszłam do jednego ze sklepów, z ubraniami.  W środku powoli przejrzałam asortyment, nie wpadło mi nic w oko, dlatego po niespełna dwudziestu minutach opuściłam budynek. Powtarzało się to za każdym razem, kiedy odwiedzałam jakiś mały butik, dlatego postanowiłam pójść do centrum handlowego.
Na dworze był upał, na oko licząc, trzydzieści stopni w cieniu. Szłam pocąc się i dopijają coca colę. Zauważyłam, że udało mi się przestać myśleć o Chordzie, z czego byłam niesamowicie zadowolona.
   Po pół godzinnym spacerze w mocnym słońcu, dotarłam w końcu do „Uervley”. Jest to największe centrum handlowe w Tucson, znajdujące się niedaleko centrum miasta.
Wchodzą do środka poczułam się jakbym wchodziła do zamrażarki. Różnica temperatur wywołała małą migrenę, którą zwalczyłam do razu proszkiem przeciw bólowym.
   Powoli przechadzałam się chłodnymi alejkami spoglądając na witryny sklepowe. Pierwszym celem był mój ulubiony H&M**.
Na miejscu niemal rozpłakałam się ze szczęścia. Cały sklep został obwieszony napisem „Sale” . Szybkimi ruchami przeglądałam wieszaki i zbierałam te rzeczy, które wpadły mi w oko aby udać się jak najszybciej do przymierzalni.
   Po kilku godzinach chodzenia po sklepach, przymierzania ubrań i stania w kolejkach do kas, byłam potwornie wyczerpana. Zmęczona, obwieszona z każdej strony reklamówkami, ledwo doczołgałam się do KFC. Usiadłam przy najbliższym stoliku, wyciągnęłam telefon i sprawdziłam godzinę. W pół do piątej.
Bezwładnie opadłam na krzesło i zaczęłam przeczesywać wzrokiem cały hipermarket.
   „Uervley” to pół okrągły budynek, w którym mieści się, mniej więcej pięćdziesiąt sklepów. Połowa ścian jest przeszklona, tak samo jak sufit. Fast Food’y znajdują się na ostatnim, drugim piętrze więc miałam idealny widok na całe centrum handlowe.
Po krótkim odpoczynku wyjęłam portfel, w celu zorientowania się ile pieniędzy mi zostało. Byłam zszokowana, gdyż wydałam sto siedemdziesiąt dolarów. Na szczęście zachowała się jeszcze jedna stówka.
   Siedziałam tak jeszcze przez kilkanaście minut, po czym przypomniałam sobie o mojej rodzinie, która kiedyś tutaj mieszkała.
Ciotka Johanna była siostrą ojca, miała męża Barrie’go i syna Freda. Mieszkali niedaleko centrum, w bloku. Byli wspaniali! Ciocia, była pulchną, niską kobietą o śniadej cerze i dużych, jasno niebieskich oczach. Miała długie, kręcone, kruczoczarne włosy i przepiękne, dopasowane do sylwetki stroje. Z charakteru bardzo przypomniała mojego ojca a do tego była urodzoną kucharką. Może dlatego, tak  bardzo lubiłam odwiedzać ją podczas świąt. Wujek Barrie był niewiele wyższy od swojej żony, jednakże miał smukłą sylwetkę i gęste blond włosy. Zawsze lubiłam patrzeć w jego oczy, które były koloru ciemnej czekolady. Podczas spotkań rzadko się odzywał ale był niesamowicie inteligentny. Interesował się podróżami. Ich syn, Fred Prims, był ode mnie młodszy o rok, jednak nie było po nim tego widać. Wysoki, chudy, ciemnowłosy blondyn prawie, że czarował swoją dojrzałością. Po mamie odziedziczył kolor oczu i duszę towarzystwa, a po ojcu nieskromną inteligencję. Uwielbiałam spędzać z  nim czas. Miał niesamowite pomysł a przede wszystkim był bardzo komunikatywnym chłopakiem.
Los chciał aby spotkało ich nieszczęście. Gdy byli na wakacjach, na Haiti, rozpętało się trzęsienie ziemi. Ciocia i jej syn zginęli na miejscu, a wujek w szpitalu. Pamiętam, że było to lato w 2005 roku.  Nigdy nie zapomnę widoku zapłakanego taty. Były to najbardziej wstrząsające chwile z mojego życia, Od tamtej pory moja mama jest nadopiekuńcza a ojciec nie jeździ często do Tucson, gdyż nie chce przywoływać bolesnych wspomnień.
Myśląc o cioci, wujku i Fredzie, przypomniałam sobie, że jeszcze przed wypadkiem pokazał mi ciekawe miejsce, na obrzeżach miasta. Nie odwiedzałam go od tamtej pory, ale kiedyś muszę to zrobić.
   Cały czas wahałam i bałam się, że bolesne wspomnienia zaleją mój umysł. Wiedziałam jednak, że przyćmi to moje myśli o Chordzie, ale nie mogę wykorzystywać tego jako argument.
W końcu się odważyłam.
Wstałam, zebrałam reklamówki i kupiłam ostatnią, niezbędną rzecz, butelkę wody. Następnie ruszyłam w stronę parkingu.
Mniej więcej po czterdziestu minutowym spacerze dotarłam do samochodu. Zakupy wrzuciłam do bagażnika i pośpiesznie odpaliłam samochód.
   Jechałam przez miasto, niepewna, czy dobrze zapamiętałam drogę. Gdy znalazłam się już na obrzeżach miasta, powitały mnie osiedla z blokami mieszkalnymi oraz wiele parków.  Zauważyłam budynek, do którego zabrał mnie wtedy Fred. Był to stary murowany magazyn. Obecnie wygląda jeszcze gorzej niż wcześniej, jednak nie zniechęciło mnie to. Wzrokiem odszukałam najbliższego parkingu, gdzie zostawiłam samochód.
Szłam obserwując ludzi, zwierzęta a nawet mijające mnie auta, aż do momentu kiedy skręciłam w uliczkę prostopadłą do głównej ulicy.
Właśnie tą dróżką spacerowałam z bratem. Niespodziewany przypływ wspomnieć spowodował, że nagle wszystko stało się bardzo wyraźne. Wiedziałam, gdzie kto mieszka, jak skrócić drogę aby szybciej dojść do wybranego miejsca oraz na które zakamarki uważać.
   Fred opowiadał mi kiedyś, że przechadza się tędy wiele narkomanów oraz wandali. Nie miałam zamiaru spotkać się z żadnym z nich, dlatego starałam skrócić sobie jak najlepiej drogę. W końcu dotarłam do celu.
Stałam naprzeciwko starego budynku a kątem oka zauważyłam, że okno, przez które wchodziliśmy do środka cały czas jest otwarte. Powoli wdrapałam się po stercie kamieni ustawionych pod nim, po czym przeskoczyłam przez ramę i wpadałam do środka. Moja koordynacja ruchowa jest tak beznadziejna, że ten upadek nawet mnie nie zdziwił.
Wstałam, otrzepałam się, po czym zaczęłam się rozglądać.
   Nic się nie zmieniło, cały czas jest brudno, leży tu wiele pustych i porozbijanych butelek po piwie oraz czuć unoszącą się w powietrzu wilgoć.
Powoli podeszłam do starych, zakręconych, metalowych schodów i wdrapałam się na górę. Stawiałam niepewne kroki, gdyż nie byłam pewna czy konstrukcja jest wytrzymała, aż do momentu kiedy stanęłam naprzeciw drzwi, prowadzących na dach. Nacisnęłam na klamkę i wyszłam na zewnątrz.
   Ciepłe promienie słoneczne zaczęły ogrzewać moją twarz, a oczy przykuł niezwykły widok panoramy miasta. Podeszłam do jednego z kominów, po czym usiadłam i oparłam się plecami o murek. Przeczesywałam Tucson wzrokiem, wspomniałam szczenięce lata spędzone z Fredem po czym „projekcja” wspomnień zakończyła się.
Nie wiem czy to jest możliwe, ale w mojej głowie nie pojawiła się żadna inna myśl. Wpatrywałam się w najwyższy budynek w mieście i czułam ulgę. Przyjemność wynikała z tego, że nie muszę zaprzątać sobie już niczym głowy. Te miejsce zawsze działało na mnie kojąco. Mogłabym tu zostać na zawsze, oparta o zimny murek, zapatrzona w wysokie wieżowce, nie myśląca o niczym i nikim.
   Niespodziewanie w mojej głowie pojawiła się dziwna myśl, pierwsza od zakończenia „projekcji”. - Co by było, gdyby moje życie zakończyło się właśnie w tym momencie? - Nie wiedząc kiedy, podeszłam do krańca dachu. – Mogłabym skoczyć, nie myśląc o nim – Te zdanie przewijało mi się w głowie cały czas.
Stałam, czekałam, a myśli mnożyły się.
– Mogła bym skoczyć, zabić się jak te wszystkie głupie kobiety, które zakochały się w mężczyźnie a on je porzucił . – Mówiłam pół szeptem. – Jeden ruch i byłabym jak one.
   W tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie muszę skakać aby poczuć się jak te porzucone dziewczyny. Wczorajszy wieczór uczynił mnie jedną z nich, a Chord’a moją nieszczęśliwą miłością.
Poczułam się głupio, ale to prawda.
- Skoczyć, czy nie? – Zapytałam się, jakbym liczyła na odpowiedź.
- Szkoda by było, nie sądzisz?
Zakręciło mi się w głowie a serce skoczyło mi do gardła. Szybko odeszłam do krawędzi i odwróciłam głowę. Naprzeciwko mnie stał wysoki mężczyzna o śniadej cerze, ciemnych lśniących oczach i czarnych, długich włosach splecionych w dredy i związanych w kucyk. Stałam jak wryta. Nie wiedziałam co powiedzieć. Patrzyliśmy się na siebie, a on wciąż oczekiwał odpowiedzi. Na szczęście chłopak zorientował się, że jestem w szoku więc zaczął:
- Jestem Darren.


----------------------------------------------
*volvo - Szwedzka firma produkująca samochody osobowe
**H&M - Szwedzka firma odzieżowa

2 komentarze:

  1. Świetne! Podoba mi się wszystko, fabuła, bohaterowie, a stylu pisania po prostu Ci zazdroszczę.
    Czekam na następny rozdział! :)

    OdpowiedzUsuń

 
Toggle Footer